czwartek, 1 listopada 2012

Jak w adresie bloga...

Chanel nr 5 śmierdzi.




Tak. Na pierwszy ogień idzie jedna z ikon współczesnego świata, perfumy Chanel. "Piątka" jest sławniejsza niż papież. Ale czy słusznie?

Oto, co o niej wiemy.
Mimo, że dom mody Chanel co roku wybiera nową twarz nieśmiertelnego Chanel No. 5, najlepszą reklamę zrobiła mu nieświadomie sama Marylin Monroe w udzielonym w 1954 roku wywiadzie. Przyznała wtedy, że „w nocy ubiera się wyłącznie w kilka kropli Chanel No. 5”. Od tego czasu zapach zyskał sławę kultowego. Na przestrzeni lat reklamowały go posiadające szczególny urok divy światowego kina – Cathrine Deneuve, Nicole Kidman, a ostatnio także młodziutka Audrey Tautou, odtwórczyni roli kreatorki w filmie „Coco avant Chanel”. Do stosowania go od lat przyznaje się także redaktor naczelna amerykańskiej edycji Vogue’a, wyrocznia świata mody, Anna Wintour.

Legendarna "piątka"...
Na temat powstania perfum i wyboru ich nazwy krąży wiele historii. Stworzył go w 1920 roku najsłynniejszy francuski „nos”, Ernest Beaux. Wychowany na carskim dworze w Rosji, gdzie jego rodzina odpowiadała za zapachy, wyemigrował do Francji kilka lat wcześniej. Coco, znana wówczas rewolucjonistka mody damskiej, zleciła mu stworzenie perfum, które nie przypominałyby jej niczego, co wąchała wcześniej. Stworzył więc 24 testy, z których projektantka podobno od razu wybrała próbkę nr 5. Złośliwi twierdzą, że wcale nie dlatego, że aromat ją urzekł, ale dlatego że jej kolekcja zadebiutowała piątego maja (5.05.).

Zapach Chanel No. 5 zdążył się już zmienić kilka razy. Co kilkanaście lat jego skład jest bowiem delikatnie modyfikowany w zależności od panującej mody. Podobnie rzecz się ma z unowocześnianym stale flakonem. To sekret ponadczasowości prawie stuletniej kompozycji. Jacques Polge, perfumiarz odpowiadający za zapachy w domu mody Chanel od ponad trzydziestu lat, zdradził także w jednym z wywiadów, że chętnie korzysta z helionu – składnika, który sam nie pachnie, ale wzmacnia aromat innych olejków.
Skład na wagę złota
Chanel No. 5 to mieszanka ponad 80 składników, spośród których najważniejszymi są olejek jaśminowy (Jasmin de grasse), stulistna róża (Rose de mai), irys, olejek sandałowy, ylang ylang oraz aldehydy. Skomponowany został na bazie aldehydów C8, C9, C10, C11, C12 i C13, które pachną kolejno jak słodki miąższ pomarańczy, cytryna, gorzka skórka pomarańczy, kolendra, bez z fiołkiem i rozgrzany wosk z nutą grejpfruta.

W Polsce utarła się opinia, że Chanel No. 5 to zapachowa propozycja dla podstarzałych pań wkraczających w okres klimakterium. Zupełnie inaczej sprawa wygląda w Japonii - tam zapachy francuskie od lat robią furorę. Ten uwielbiają szczególnie młode kobiety, ponieważ pomaga im zaznaczyć swoją obecność nawet w najbardziej zatłoczonym miejscu. Starsze mieszkanki Kraju Kwitnącej Wiśni podchodzą do niego ostrożniej – wychowane w surowych warunkach, z wpojoną skromnością, boją się tak odważnych aromatów. Świetnym rynkiem zbytu dla chanelowskiego szlagieru jest również Izrael , którego obywatelki stawiają na mocne perfumy o silnych nutach o każdej porze dnia i nocy przez okrągły rok, niezależnie od temperatury powietrza.

W zależności od perfumerii (czy to sieciowej, czy internetowej) ceny za flakon nieco się różnią. W sklepach internetowych 50 ml wody perfumowanej kosztuje około 350 złotych, 100 ml od 420 do 450 złotych. W dużych sieciach (Sephora, Douglas) jest odrobinę drożej, ale kupujący ma gwarancję oryginalności produktu, której wirtualne perfumerie nie dają. Przed rokiem powstała także lżejsza wersja zapachu – Chanel No. 5 Eau Premiere.




Dla mnie to wszystko bzdury. "Piątka" po prostu śmierdzi. W żadnym stopniu nie podoba mi się ten zapach. Cóż, może rzeczywiście - gdybym był podstarzałą faszionelką w okresie klimakterium, spodobałyby mi się. Niestety, nie jestem i nigdy nie będę, więc wykluczam to, żeby ten zapach kiedykolwiek mi się spodobał.
Jedna z moich znajomych sześć lat temu dostała flakon tych perfum. Setkę, o ile się nie mylę. Do tej pory stoi na jej biurku w zapakowanym kartoniku. Nietknięta.
Inna moja znajoma twierdzi, że Chanel numer 5 to najbardziej paskudny zapach jaki istnieje. A chcę zauważyć, że pracuje przy koniach. Jeśli wiecie, o co mi chodzi...
Do tego dochodzi element snobizmu. Ponieważ "piątka", tak jak pisałem na początku, stała się ikoną i swego rodzaju symbolem, każda babeczka, która chce zaistnieć w towarzystwie swoich zwariowanych przyjaciółek z bogatymi mężami leci do perfumerii jak na skrzydłach Wiktorii i kupuję butelkę tego badziewia. Nic dziwnego więc, że cały świat śmierdzi tymi perfumami. Nie mam nic do Chanel. Uważam tą markę za jedną z najlepszych na świecie. Ale wybaczcie, od 1920 roku popełniacie ten sam błąd. Produkujecie to.

Pogmerałem trochę na forach internetowych traktujących o tych perfumach. I oto, co znalazłem.

"co za dzieciaki wypowiadaja sie na temat perfumow,zalosne dzieci z Was,te perfumy jak juz ktos napisal sa dla kobiet z klasa a z z klasa trzeba sie urodzic,nioe kazdy moze sobie na nie pozwolic w Polsce,piszecie o mydle bambino,same bylyscier w nim kapane i myte os dziecka,wiec dziwie sie dlaczego wypowiadacie na jego temat tak ochydnie....zal....perfumy chanel byly i zawsze beda tylko dla kobioet a nie dla dzieci,Wy mozecie sobie pozwolic widocznie tylko na AVON"

Tak. Wypowiada się pani, która ma tyle klasy i elegancji w sobie co dziesięć ton betonu.


"
Jak ktoś całe życie używał tanich perfum, to Coco Chanel będzie wam śmierdział. Wy, jak spróbowalibyście trufli to powiedzielibyście, że to stare drewno...ha ha...żal mi was. "
Nie wydaje mi się. Na mojej półce stoi Shiseido, Pacco Rabanne, Thierry Mugler, Hugo Boss, Gucci, Iceberg... To nie są tanie perfumy. A mimo to, Chanel wciąż mi się nie podoba. A trufle są pyszne.


Crocs phenomenon.
To jest coś, czego nigdy nie zrozumiem. I nawet przestałem próbować to zrozumieć. Crocsy.









Wszystkie zdjęcia powyżej przedstawiają celebrytów w tych przedziwnych wynalazkach. Oprócz ostatniego. To dodaję, żeby zobrazować wam paskudność tego obuwia. Moim zdaniem mistrzynią dziwactwa została Brooke Shields, która do - jakby nie patrzeć - ładnej sukni wieczorowej założyła różowe Crocsy. Na litość boską... To nie są buty, w których można wychodzić na ulicę. To kapcie, ewentualnie butki do pielenia ogrodu. Każdego, kto wychodzi w tym publicznie, powinno się rozstrzelać. Poza tym, dlaczego to cholerstwo jest tak drogie? To jest kawałek twardej pianki, nic więcej. Wyprodukowanie takiego buta nie kosztuje pewnie więcej niż dwa dolary. Więc skąd ta cena? Nie wiem, nie rozumiem, nie chcę wiedzieć, bo szlag mnie trafi już przy pierwszym poście.














The war starts now.

Witam. Od razu chcę powiedzieć, że to będzie zupełnie inny blog związany z modą niż jakikolwiek inny. Tutaj nie będzie rozpływania się nad guzikami w kurtce z nowej kolekcji Burberry czy nad pięknym obcasem nowego modelu Louboutin'a. Jeśli coś mi się nie podoba, piszę o tym. Jeśli coś uważam za hit, piszę. Jeśli ktoś dla mnie wygląda jak lambadziara z trybuny, piszę o tym. To moje spojrzenie na modę i nikt nie musi się z tym utożsamiać. Ale ostrzegam... Może być ostro ;)

Pozdrawiam serdecznie.



Wkrótce zaczynamy...